Jak dobrze, że nie jestem królową!

Gdy byłam dziewczynką, marzyłam o tym by być królową.
Taką prawdziwą, z koroną i pięknymi balowymi sukniami. Zastanawiałam się jaka jest różnica między królem a księciem i królewną a księżniczką (w sumie to do dzisiaj chyba nie wiem). Pewnie, że niewiele wtedy wiedziałam o prawdziwych rodzinach królewskich, ale jak już coś o nich myślałam, to wyobrażałam sobie te ich bajkowe pałace, piękne komnaty i łoża z baldachimem. Oczywiście wszystkie królewny musiały być blondynkami jak Królewna Aurora (Śpiąca Królewna z pierwszym polskim – nota bene fantastycznym – dubbingiem to była moja ukochana bajka i znałam ją całą na pamięć).

Gdy byłam uczennicą szkoły nie raz myślałam sobie o tym jak mi ciężko i jak mi źle, i że gdybym się urodziła w rodzinie królewskiej to na pewno nie musiałabym wkuwać budowy pantofelka, za to każde wakacje spędzałabym na jachtach pływając po ciepłych morzach. O! I na pewno miałabym kilka kostiumów kąpielowych!
A później… jakoś tak o tym wszystkim zapomniałam. Do czasu…

Jakieś osiem miesięcy temu:

Do momentu przeprowadzki do UK do brytyjskiej rodziny królewskiej podchodziłam z dystansem. To jest, oglądałam pogrzeb Diany za dzieciaka i ślub Kate i Williama… (Wszyscy oglądali, no nie? No powiedz, że Ty też!)
Przeprowadziłam się chyba w samym środku szału na 90. urodziny królowej Elżbiety. Mówię Wam, istny szał ciał: na sklepowych wystawach jej portrety, a w środku kubeczki, talerze, pocztówki… w gazetach wielostronnicowe artykuły, KRÓLOWA JEST WSZĘDZIE!

Jakieś pół roku temu:

Czas mojego bezrobocia. Leczę złamane pracownicze serduszko Dowton Abbeyem, po cichu płaczę na tym, że w półtora miesiąca udało mi się obejrzeć sześć sezonów i zaraz stracę moich angielskich przyjaciół z telewizora (poważnie, mój stan psychiczny w tamtym czasie był kiepski). Klikam sobie bezmyślnie pilotem w nasz wszystko-poza-telewizją-mający telewizor aż tu nagle pojawia się ON. Dokument „Elizabeth at 90: A Family Tribute“ (YT trailer: [https://www.youtube.com/watch?v=N35p74J8ybU]). Obejrzałam i przepadłam.

To, że rodzina królewska ma swoje obowiązki to wiedziałam. Jasne jak słońce. Jakkolwiek i tak zawsze myślałam o nich jako o szczęściarzach, wybrańcach, tych noszących błyszczące tiary i cudowne suknie. Dokument (dobitnie) pokazał mi, że w tych sukienkach i mundurach (w JEJ przypadku teraz to już chyba bardziej kostiumikach i kapelusikach z palety Pantone) kryją się prawdziwi ludzie z krwi i kości, którzy też smarują kanapki i turlają się z dziećmi po trawie. Ot, takie zwykłe życie w pałacu…

Jakieś 1,5 miesiąca temu:

Idę sobie spokojnie ulicą, aż tu nagle (no, nie tak do końca nagle) mija mnie czerwony dwupiętrowy autobus (co nie, że to rzecz niezwykła w Londynie?). Na autobusie baner, a na nim… THE CROWN i logo NETFLIX.
Myślę sobie: Ale fajnie! Akurat kończymy Pana Robota, będzie do kolacji!

Jakieś dwa-trzy tygodnie temu:

Gdy skończyliśmy pierwszy sezon „The Crown“ znowu poczułam to znajome ukłucie żalu w serduszku, i na dodatek zrobiło mi się tej całej królowej i książąt żal. I pierwszy raz w życiu podziękowałam Bogu za to, że urodziłam się w takiej a nie innej rodzinie, że mieszkałam w Raciborzu i tak dalej.

  • bo dzięki temu mogłam sama zdecydować do jakiej chcę iść szkoły i na studia, i czego chcę się uczyć,
  • bo mogłam sobie sama wybierać znajomych i przyjaciół,
  • bo w sumie nikogo nigdy na wielką skalę nie interesowało co robię i dlaczego tak, i że w sumie chcieliby inaczej,
  • bo nikt nigdy mi się nie wtrącał w to w kim jestem zakochana i z kim mam zamiar zakładać rodzinę, i mogę robić po swojemu,
  • Ale przede wszystkim cieszę się, bo kimkolwiek nie będę „z zawodu“ moje obowiązki nie będą ważniejsze od mojej rodziny (vide casus zamążpójscia księżniczki Małgorzaty).

I może nigdy w życiu nie założę tiary ani księżniczkowej sukienki w stylu tej, którą ma na sobie Vanessa Kirby (księżniczka Małgorzata):

Jak tak patrzę na to zdjęcie, to może jednak chciałabym być królową... fot. Julian Broad, aktorzy "The Crown" Netflixu w sesji dla Vanity Fair
fot. Julian Broad, sesja zdjęciowa dla Vanity Fair

Dobrze, że nie jestem królową, bo tak właściwie to ja bardzo lubię swoje „zwykłe“ życie…

Serial bardzo polecam. Z jednej strony dlatego, że naprawdę ma się wrażenie zaglądania za kulisy tej całej królewskości i wszystkiego tego co się tym wiąże, bycia „w środku“ wydarzeń, do tego bardzo ciekawie pokazuje wydarzenia historyczne (zdaję sobie sprawę, że pikantne smaczki są wymyślone, ale chyba nigdy bym nie wpadła na to, że transmisje telewizyjne z tych wszystkich uroczystości zawdzięczamy księciowi Filipowi), ma przepiękną scenografię i kostiumy (a ja uwielbiam seriale i filmy kostiumowe!), ma dobrze napisany scenariusz i jest naprawdę dobrze zagrany: John Lithgow w roli Winstona Churchilla jest absolutnie GENIALNY.

Zresztą, sami zobaczcie trailer:

  • Ekstra! Też uwielbiam ten serial (pisałam o nich słówko dzisiaj) i mam podobne odczucia – co za ulga, że jest się „commonersem” :)

    • Ewa

      Dokładnie tak! Mamy dzięki temu dużo więcej swobody i możemy np. pisać nasze blogi :)

  • Grażyna Kulig

    Na serial mnie nie namowisz,bo poprostu nie mam na to czasu ;) Mi zrobilo sie żal rodziny królewskiej po obejrzeniu filmu „jak zostać królem”, szczegolnie w relacji rodzice-dzieci, czasami faktycznie lepiej być zwykłym szarakiem ;)

    • Ewa

      Rozumiem :)
      A propo „Jak zostać królem”, niesiona falą obejrzałam go w piątek i mam podobne refleksje do Ciebie. Ich życie nie do końca jest ich… Chociaz pewnie teraz się też sporo zmieniło, poszli z duchem czasu (samo to, że królowa Elżbieta naciskała na Karola i Dianę, żeby się rozwiedli! 50 lat wcześniej byłoby to nie do pomyślenia!)
      Dodatkowo fajnie mi się spaja ta historia z serialem, i dokumentem o którym tu pisałam, i dziwnym trafem wiem całkiem sporo o życiu rodziny królewskiej i historii Wielkiej Brytanii :D