Miniatury #7: Światło

Dźwięk budzika wyrwał Joannę ze snu. Przez chwilę była zdezorientowana i niespokojna, jakby stało się coś bardzo złego…
Odetchnęła, gdy zobaczyła ciemny czubek głowy Mariusza wystający spod miarowo poruszającej się wraz z jego spokojnym oddechem kołdry.
No tak, jego o tej porze nie obudziłyby i syreny alarmowe.

Rozmazane kształty (zyskały na ostrości wraz z założeniem okularów) zdawały się być na swoim miejscu, tonąc w półmroku. Więc to naprawdę był tylko zły sen! Potrząsnęła głową chcąc wyrzucić z niej złe przeczucie.
Pościel, za dnia biała, a teraz ciemnoszara lekko rozjaśniła się po rozsunięciu zasłon. To była czynność, który celebrowała od dziecka, miała wrażenie, że oddziela nią grubą kreską noc od dnia i wszelkie złe sny od spokojnej rzeczywistości.

Lubiła noc, lubiła dzień i bardzo lubiła ten moment w ciągu dnia kiedy zachód słońca przegląda się w okiennych szybach jak w lustrze, a wszystko wokół otula się cieplutką świetlistą mgiełką, ale zimowych, ciemnych poranków w budynku ciasno otoczonym innymi nie potrafiła polubić. Miała wrażenie jakby zimowe wschodzące słońce było zbyt nieśmiałe by przebojem wbić się do ich malutkiego mieszkanka na drugim piętrze. Zdecydowanie nie lubiła wstawać wcześnie zimą, a dziś, na dodatek, musiała się spieszyć.

Łazienkowe białe światełka drgały jakby je trącał lekko podmuch wiatru, drażniąc jeszcze nieoswojone z nowym dniem oczy. Zimny prysznic, choć drastyczny, wydawał się przy jej poziomie zaspania nieunikniony.

Ubierała się biegając po mieszkaniu, jedząc naprędce przygotowaną dzień wcześniej kanapkę. Pomimo swojego pośpiechu dostrzegała jak z każdą minutą, z każdym odsłonięciem okien wychodzą z cienia meble i przedmioty. Może gdyby dziś zechciała przysiąść na chwilę, zobaczyłaby jak delikatnie rozciągają swoje krawędzie?

Fuknęła do siebie: za godzinę musi położyć szefowi na biurku raport, a przed nią jeszcze długa droga do biura, naprawdę nie miała czasu na romantyczne rozmyślania!

Zapinała płaszcz i otulała się szalikiem już na zewnątrz. Maszerując w stronę stacji obserwowała jak płytki chodnika zdejmują połyskujące po nocnym deszczu i pomarańczowe od świateł latarń piżamki.
Jaki będzie dziś dzień? — zastanawiała się — Czy ulice pozostaną takie szaro-nagie, okrywane tylko od czasu do czasu przez przebijające się przez grube chmury promienie słońca?
Bardzo miała nadzieję, że nie. Perspektywa spędzenia całego dnia w sztucznie oświetlonym biurze, z gderającym szefem nad głową, bez szans na tańczące po jej biurku słoneczne refleksy, wydawała się jej strasznie przygnębiająca.

A do wiosny było tak daleko!