Miniatury #8: Targ

Nasza przyjaźń skończyła się na targu. Stanęłyśmy naprzeciwko siebie, nie mogąc wytrzymać ani sekundy dłużej, i mówiłyśmy rzeczy, których na zawsze będziemy żałować. Rozejrzałam się szukając czegoś, co zatrzymałoby ciąg wyzwisk i pretensji, ale targ zdawał się być nami nieporuszony. Po zmroku przeistaczał się w lokalną dzielnicę czerwonych latarni, więc widział już nie takie rzeczy jak nasza kłótnia. Teraz jednak, cierpiąc z powodu trwającej od kilku tygodni suszy, pilnie potrzebował deszczu. Tłum jak jeden wielki organizm ciężko dyszał — chcąc byśmy się usunęły z drogi, ocierał się spoconymi ciałami o nasze wypchane zakupami torby.
W jaskrawym świetle stojącego w zenicie słońca wszystko zdawało się wyprane z kolorów: okładki przeterminowanych gazet, którymi wykładano szorstkie drewniane skrzynki, bladozielone zwiędnięte nacie pietruszki i pomarszczone ni to zielone, ni to żółte jabłka. Nawet pomidory, choć przejrzałe i wydające z siebie kwaskowaty zapach, były blade, ledwo pomarańczowe jakby wcale nie dojrzewały na słonecznym polu, a w zimnych marketowych lodówkach.

Upał zagęszczał atmosferę i trząsł powietrzem, sprzedawcy tracili swoją zwykłą szybkość ruchów, pozwalającą im na wysokie utargi, a my stałyśmy w samym środku tego blaszanego labiryntu bud i straganów, i czułyśmy, że życie już nigdy nie będzie takie samo.