Na Dzień Nauczyciela, z lekkim poślizgiem

Dwa tygodnie temu był Dzień Nauczyciela. Biegałam wtedy po Krakowie próbując złapać kilka srok za ogon: skupiając się na spotykaniu z ludźmi i załatwianiu rzeczy, ale przez cały dzień z tyłu głowy wyświetlały mi się wspomnienia, w których byłam znowu uczennicą. I o ile bardzo nie chciałabym już wracać do szkoły w tej roli, to z perspektywy czasu coraz bardziej doceniam ludzi, nauczycieli, których tam poznałam.
Było ich conajmniej kilku, ale najmilej wspominam trzy wspaniałe kobiety — jedna z nich ma dzisiaj urodziny.
Wszystkiego najlepszego, Pani Ewo! :)

Nie ukrywam, ich wkład w moje życie był duży.

Nie były heroskami, były (są) zwykłymi ludźmi, ale ja kilkunastoletnia czułam, że są tak po prostu dobre. Nauczycielki z powołania i pasji, z sercem na dłoni. I to wcale nie jest tak, że tylko klepały po ramieniu. Były bardzo wymagające, traktowały swoje przedmioty poważnie i dużo dawały z siebie. Chciałam być aktywna w życiu szkolnym „pozagodzinowym“ i one mi to umożliwiały: kółka teatralne, konkursy recytatorskie, gazetka szkolna… Jednocześnie dostawałam od nich dużo wsparcia, wiary w to, że sobie poradzę, że to co robię jest wartościowe. Umiały docenić, podnieść na duchu, gdy przeżywałam swoje nastoletnie dramy, ale i skrytykować kiedy to było mi potrzebne. Prowokowały mnie do zadawania samej sobie pytań o rzeczy, które są dla mnie ważne i istotne.

Były cierpliwe, za co niesamowicie je podziwiam, bo coś czuję, że ja bym w sobie nie znalazła tak dużych pokładów cierpliwości dla obcych dzieci.
Miały poczucie humoru, niekiedy okraszone lekką drwiną i to mi pokazało, że dystans do życia jest bardzo potrzebny (w sumie wciąż się tego uczę :)). Pokazywały, że czasem trzeba schować dumę do kieszeni i przeprosić, że dobra atmosfera w zespole jest bardzo ważna.
To nie jest tak, że wszystko w tym szkolnym życiu z nimi układało się jak po maśle, bo jak i ja, tak i one miały czasem swoje złe, słabe dni. Ale dzięki temu widziałam, że nie jesteśmy idealni, że trzeba być wyrozumiałym dla drugiego człowieka, i… że nauczyciel też człowiek. A ta wiedza, choć nie prosta dla przeżywających hormonalny chaos nastolatków, bardzo mi się później w życiu i relacjach przydała.

Jestem im wdzięczna za to, że rozkochały mnie w słowach.

Kiedy miałam czternaście lat, po raz pierwszy pozwoliłam sobie na marzenia o tym, że będę kiedyś profesjonalnie pisać, bo to one właśnie motywowały i zachęcały mnie do pisania. Doceniały starania, widziały w tym co piszę jakąś wartość — za co tym bardziej je podziwiam, bo czytam swoje niektóre teksty z czasów gimnazjum i jest mi za nie trochę wstyd :D
To dzięki jednej z nich całkiem nieźle sobie teraz radzę na angielskiej ziemi :)

Jednak najważniejsze co z tych relacji wyniosłam to to, że trzeba w ludzi wierzyć, dawać im kawałek siebie, dużo dobra, i że jest bardzo duża wartość w tym, by po prostu dla kogoś być i go słuchać.

I za to, moje Ukochane Nauczycielki, bardzo Wam dzisiaj dziękuję!
Choć lekko spóźnione to dzisiaj dla Was, ode mnie, wirtualne kwiaty.

  • Olga

    Nauczycieli zazwyczaj docenia się dopiero po latach. Tak było również w moim przypadku. Dopiero dzisiaj dojrzalam, by powiedzieć DZIĘKUJĘ.

    • Ewa

      U mnie troszkę inaczej, bo już wtedy czułam, że te osoby są wyjątkowe i ważne dla mnie. Jednak z wiekiem patrzę na to jeszcze inaczej i tym bardziej doceniam :)