O pamięci i miłości

Dziesiąty listopada.
Chyba drugi dziesiąty listopada w moim życiu, którego nie spędzam w Raciborzu. Odkąd wyjechałam na studia to nie Wszystkich Świętych było powodem dla którego przyjeżdżałam do domu w listopadzie, a właśnie 10 listopada. Urodziny Babci. Dziś skończyłaby 90 lat…
Nie było dla mnie dyskusji, stawałam na rzęsach, żeby tego dziesiątego pojawić się w domu.

Więc przyjeżdżałam bardzo często wioząc jej tylko zielonego Pondsa i awokadowe CD, krem do twarzy i mydło, jedyne kosmetyki na które nie miała alergii, a które były łatwiej dostępne w Krakowie niż w Raciborzu.
Czasem robiłam jej niespodzianki, nie wiedziałam czy uda mi się przyjechać albo specjalnie mówiłam jej, że jednak nie, byle tylko zobaczyć zaskoczenie i radość w jej oczach gdy widziała mnie wyłaniającą się z przedpokoju. Zastygała, by po chwili wyciągać do mnie ręce i wołać „Ebuśku kochany!“.
Wtedy zrozumiałam jak sama obecność przy kimś może być dużo ważniejsza od wszelkich prezentów.

Gdy wchodzę do mieszkania rodziców, podskórnie wyczekuję jej wołania, tego, że zaraz ją, moją drobinę, przytulę ubraną w niebieski fartuch i biały sweter zapinany na guziki.

Do pewnego momentu myślałam, że nie ma się czego bać, że mamy jeszcze dużo czasu razem. Ale gdzieś w międzyczasie zaczęła mi się śnić jej śmierć. Budziłam się z płaczem, bo to było coś czego się bałam najbardziej na świecie. W takie dni czekałam do rana byle tylko do niej zadzwonić i upewnić się, że wszystko dobrze.
Czy już wtedy przeczuwałam, że jej odchodzenie od nas zacznie się w godzinach wczesnoporannych? 
Nie, oczywiście, że nie.

W pewnym momencie zaczęła bardzo chudnąć, znikać nam w oczach, to wtedy też zaczęłam się o nią martwić. Zaczęła bardzo dużo mówić o przeszłości, wspominać dziadka. Miałam jej to wtedy trochę za złe, bo przecież mogłaby się skupić na mnie i na moich problemach. Tymczasem teraz wydaje mi się, że bardzo chciała pokazać mi o jaki związek i o jaką miłość warto się starać i jakiego mężczyzny na resztę życia szukać.
To ona (i wspominać to będę do końca życia) powiedziała mi kiedyś:

Jakbyś miała być z chłopem, który by cię mioł nie szanować, to lepiej się poszkrob a bydź sama

Bardzo żałuję, że nie miała możliwości poznania A., bo odeszła zanim coś zaczęło się między nami dziać. Czasem sobie myślę, że to ona zesłała mi tę miłość (ktoś odszedł by pojawić mógł się ktoś?), a na pewno, że nade mną czuwa i przy mnie stoi, czasem czuję jej wręcz fizyczną obecność przy sobie…

Była niesamowicie otwarta na świat, mało co ją gorszyło, była bezpośrednia i nie było dla niej tematów tabu. Lubiła popolitykować i czasem sobie też przeklnąć gdy wymagała tego sytuacja.
Pewnie, że nie była ideałem, bo była i uparta, i obrażalska (typowy skorpion!). Była również bardzo dumną i silną kobietą, bo sporo w życiu przeszła.
Miłość była dla niej najważniejsza, i rodzina, której była spoiwem i dzięki której spotykaliśmy się przy wspólnym stole przy wielu okazjach. Dbała o nas, martwiła się naszymi problemami i cieszyła sukcesami. Zawsze wspierała, choć nie szczędziła czasem gorzkich słów prawdy.
Pamiętam dumę w jej głosie gdy opowiadała o mnie swoim koleżankom przez telefon. Chyba jako pierwsza dostrzegła moje ciągoty artystyczne i zawsze mnie w nich wspierała.
Nie zasnęła dopóki nie wróciłam wieczorem do domu.

Bardzo, bardzo mi jej brakuje. Codziennie. Gdy jestem wesoła i gdy jest mi smutno. Ale też cieszę się, że nie zwlekałam z tym, żeby powiedzieć jej jak bardzo ją kocham i jak bardzo jest dla mnie ważna. Bo jest, wciąż. I wciąż jestem z niej dumna i bardzo szczęśliwa, że mogłam z nią spędzić tyle czasu.

Ci, których kochamy nie umierają nigdy, bo miłość to nieśmiertelność
— Emily Dickinson

  • Olga

    Pięknie napisane.

    • Ewa

      <3 dziękuję