Pożegnanie zimy w Calpe, praca zdalna przy 23 stopniach w lutym

Pracuję w zawodzie, który pozwala mi na ogromną elastyczność: mogę pracować z dowolnego miejsca na Ziemi, jeśli tylko mam dobre połączenie z Internetem.

Pierwsze przymiarki do pracy zdalnej miałam mieszkając jeszcze w Krakowie: odebranie piekarnika, który przywoził kurier czy pojechanie do rodziców nie było problemem. Zwykle jednak nie pracowałam tak dłużej niż przez tydzień — lubiłam chodzić do biura, bo pracowali w nim fajni ludzie — mimo to, wiedziałam już, że taki tryb pracy nie stanowi dla mnie problemu, potrafię się skupić i jestem wydajna. Dlatego kiedy przeprowadziłam się do Londynu i okazało się, że moje kolejne miejsca pracy są zdalne, byłam bardzo zadowolona. Ags bardzo dużo (jak na moje standardy) podróżuje, więc w ten sposób byłam w stanie jeździć z nim. Tak jakoś jest, że nie lubimy się rozstawać.

I tak już pracuję zdalnie prawie rok, jednak dopiero teraz przyszło mi pracować przez dłuższy czas z innego miejsca niż dom (mój albo rodziców).

Plaża w Calpe
Plaża w Calpe

Zawsze marzyło mi się, żeby skrócić sobie zimę i pojechać w miejsce, gdzie słońce nie chowa się już za ciężkimi chmurami, tylko mile ogrzewa, przywraca energię i chęć do działania. Dlatego nie sprzeciwiałam się ani troszeczkę, kiedy ags oznajmił, że chce pojechać pod koniec lutego na obóz rowerowy. Do Hiszpanii. Do Hiszpanii?! Nie mogłabym być szczęśliwsza. Kocham się w tym kraju od zawsze a niestety byłam tam tylko kilka razy. Noo dobra, tak właściwie to był mój trzeci raz. 

Pojechaliśmy więc do Calpe, turystycznej nadmorskiej miejscowości w rejonie Costa Blanca, gdzieś między Alicante a Walencją, otoczonej górami i górkami, po których jeżdżą europejscy kolarze i przygotowują się do sezonu (i to by było na tyle mojej wiedzy z zakresu kolarstwa, o resztę pytajcie mojego narzeczonego).

Costa Blanca to raj dla kolarzy
Costa Blanca to raj dla kolarzy

Byliśmy tam od 24 lutego do 10 marca.

Po pierwsze i najważniejsze, w tym czasie w tamtym rejonie słońce już nie świeci sobie tak o — ono naprawdę grzeje. Choć temperatura wody w morzu i w basenie naszego hotelu była dla mnie za niska, to w południe było ciepło na tyle, żeby się spokojnie wyłożyć na ręczniku i opalać (chociaż niektórzy naprawdę w tym morzu pływali). Mój płaszcz i buty zimowe zostały w Londynie. I bardzo dobrze, nie miałabym z nich tam żadnego pożytku.

Próbowałam się opalić
Próbowałam się opalić

Zrealizowałam cel pt. „skrócenie zimy“.

Pomykałam w trampkach czy balerinach i co najwyżej w bluzie. Czasem krótkim rękawie. Normalnie wiosna na całego :)

Zawsze marzyłam o tym, żeby mieszkać naprawdę nad morzem i tym razem udało się to marzenie spełnić! Z balkonu apartamentu w hotelu Sol y Mar, w którym przez ten czas mieszkaliśmy, było właśnie widać morze!

Widok z apartamentu w hotelu Sol y Mar w Calpe
Widok z apartamentu w hotelu Sol y Mar w Calpe

Dzięki temu w czasie przerwy w pracy mogłam wyjść na balkon i popatrzeć, i posłuchać fal. O ile tylko w restauracyjnych ogródkach akurat nie grał ktoś na akordeonie albo nie trwały roboty drogowe ;) Sezon turystyczny zaczyna się w Calpe (nie wiem jak w innych miejscowościach, ale przypuszczam, że podobnie) jakoś od marca i dopiero wtedy zaczynają się otwierać po zimowej przerwie restauracje. Jednak gdy wyjeżdżaliśmy wiele z nich wciąć pozostawało zamknięte, dlatego korzystając z ocen foursquare, google maps czy yelpa warto wcześniej sprawdzić czy dane miejsce jest w ogóle otwarte. Nam zdarzyło się pocałować klamkę w kilku miejscach.
Markety są oczywiście czynne (choć godziny ich otwarcia mogą być krótsze niż w sezonie wakacyjnym), dobrze wyposażone (wyboru mięsa mógłby pozazdrościć im niejeden angielski market). W jednym z nich znaleźliśmy też polskie i angielskie produkty: soki z tymbarka, mieszanki przypraw czy jakieś słoikowe sosy z pudliszek.
Inne sklepy otwarte są do około 21, z tym że mają przerwę w godzinach południowo-popołudniowych.

Przed wyjazdem martwiłam się trochę o to, czy w knajpach będą wiedzieli czym jest gluten. Przeważnie wiedzieli, raz tylko zdarzyło mi się dostać kalmary w cieście, kelner zarzekał się, że jest ono bezglutenowe, ale że nie potrafił mi powiedzieć z jakiej mąki zostało zrobione to nie odważyłam się go zjeść. Umrzeć od glutenu nie umrę, ale po co mam się źle czuć?
Robiąc zakupy zauważyłam, że bardzo wiele produktów spożywczych (wędlin, słodyczy, napojów) miało znaczek „sin gluten“ czy „sin lactosa“, nie wgłębiałam się bardziej w temat, ale wygląda na to, że świadomość alergii pokarmowych w Hiszpanii jest na dość dobrym poziomie :)
Kawiarnie miały także bezlaktozowe mleka do kawy, królowało mleko z soi, ale w paru miejscach było też ryżowe i migdałowe.

(tu byłoby zdjęcie kawy albo jedzenia, ale nie umiem robić takich zdjęć, więc Wam podarowałam ^^)

Zauważyliśmy, że znajomość języka angielskiego przez Hiszpanów nie jest powalająca, nawet w naszym hotelowym barze kelnerzy posługiwali się zaledwie kilkoma podstawowymi zwrotami. Całe szczęście w takich sytuacjach wystarczał mój w miarę komunikatywny hiszpański ;)

Wschód słońca w Calpe
Wschód słońca w Calpe

Bliskość morza motywowała mnie do tego, żeby co rano przed śniadaniem wychodzić na chwilę pospacerować po pustym deptaku albo plaży, pooddychać porannym powietrzem. W ten sposób witałam i nastrajałam się na nowy dzień. Tego porannego rytuału będzie mi teraz najbardziej brakowało.

Wdech, wydech... mój sposób na dobry dzień
Wdech, wydech… mój sposób na dobry dzień

Praca zdalna z Calpe

Ale jak mi się pracowało z Hiszpanii?
W miarę dobrze.

Problemem był głównie dostęp do Internetu. W wielu miejscach, knajpach, restauracjach jest WiFi. Zwykle wystarcza ono do wrzucenia zdjęcia na instagrama czy komunikatorów, jednak bardzo szybko okazało się, że do pracy potrzebuję czegoś szybszego i stabilniejszego, dlatego całe dwa tygodnie pracowałam z lobby (była tam przeszklona sala ze stolikami i chilloutową muzyką), gdzie hotelowa sieć była trochę lepsza i mogłam się zdzwaniać z moją firmą na Skypie. Nie było źle, dałam radę, ale trochę się stresu najadłam kiedy kilka razy wywalało mnie z w miarę istotnych calli (jak to nazwać ładnie po polsku?). Kupiliśmy też kartę SIM Vodafone z 4GB za zdaje się 25 euro. Miała mieć 4G i miała… czasami, dlatego nie jest to super rozwiązanie. Na pewno jeśli będę miała jechać następnym razem, muszę lepiej przemyśleć kwestię dostępu do sieci, bo to w końcu podstawa mojej pracy.
Niestety nie wiem jak na odległość sprawdzać szybkość i jakość sieci.

Praca zdalna w Calpe - w moim zdalnym biurze
W moim zdalnym biurze

Przez większość naszego pobytu pogoda była piękna, co dodawało nam energii. Zmiana otoczenia wyrywa z rutyny, sprzyja kreatywności i odświeża głowę. Patrzenie na morze bardzo mnie relaksuje i pod tym kątem było mi cudownie, jednak przekonałam się, że w takim otoczeniu czasem było mi trudno skupić się na pracy, bo chciałam być na zewnątrz, tak tam było pięknie! Zwykle pracuję w określonych godzinach, tak chciałam i tego się trzymam, bo pozwala mi to zaplanować dzień i trzyma moje zorganizowanie i skupienie w ryzach. Jednak okazywało się, że gdy kończyłam pracę ok 15, zostawały mi może dwie, trzy godziny „ciepłego słońca“. Nic strasznego, ale zdecydowanie moja opalenizna nie może nawet konkurować z opalenizną Agsa, który w tym czasie zasuwał po kilkadziesiąt (czasem ponad sto!) kilometrów po okolicy. Czasem było mi przykro, zwłaszcza że w weekend padało i było chłodniej (no jakieś 15 stopni).
Na pewno nie jest to argument przeciwko pracowaniu zdalnie z Hiszpanii, ale warto mieć go na uwadze ;)

Calpejska skała, punkt najbardziej charakterystyczny
Calpejska skała, punkt najbardziej charakterystyczny

Calpe po sezonie jest spokojne i leniwe. Turystów jest niewiele, głównie to emeryci na wakacjach. Okolice plaży, deptak, kawiarnie i restauracje wydały nam się też bardzo dobrze przystosowane do niepełnosprawnych (niskie chodniki, rampy), może też dlatego było tam wiele staruszków o laseczkach i balkonikach. Miło byłoby w ich wieku jeździć tam i wiedzieć, że można skorzystać z okolicznych dobroci :)

Co ciekawe spotkaliśmy kilku Polaków, którzy mieszkają w Hiszpanii przynajmniej kilka lat i wszyscy mówią, że tam czują, że żyją i nie żałują, że się wyprowadzili z Polski. Także kto wie… :)
Bo wróciliśmy i już trochę tęsknimy za tamtym ciepłem, za plażą odległą o rzut kamieniem, za spacerami w złocistym świetle wschodzącego słońca, za szumem fal uderzających o brzeg, za czasem, który tam płynie trochę wolniej i łatwiej o relaks, dystans, głęboki oddech. Wiem, że jeśli tylko będzie taka możliwość do Hiszpanii i do Calpe wrócimy jak szybko się da, bo oboje czujemy się tam bardzo dobrze :)

Radość w Calpe
Radość w Calpe

Wszystkie zdjęcia użyte w poście są naszego (mojego i Agsa) autorstwa.
Nie można ich kopiować i rozpowszechniać bez naszej zgody :)

  • Olga

    Zapachniało słonym morskim powietrzem :) kusisz Ewo. muszę pomyśleć o przebranżowieniu ;) piękne foty! pozdrawiam!

    • Ewa

      dzięki :))) też pozdrawiam!

  • tynka

    Mogę sobie skopiować na telefon to ostatnie? Jest takie radosne!

    • Ewa

      na telefon możesz :)

  • Marta Sputo

    Ewcia nam z Tymkiem cały czas chodzi po głowie wyprowadzka od listopada do marca do naszej ukochanej Portugalii, więc wiem dokładnie o czym piszesz :) Ta pogoda, słonko, powietrze, szum fal… Oddałabym za to wiele! Tak więc kto wie… może uda i Wam i nam kiedyś spełnić swoje marzenia. Ps. Niech żyje praca zdalna! :D

    • Ewa

      Niech żyje, hip hip, hurra!
      Wy do Portugalii, my do Hiszpanii i będziemy się odwiedzać! :)

  • Ola

    Praca zdalna to moje marzenie ostatnimi czasy, choć i tak częściowo już się spełnia ;) Podoba mi się, że nie masz ciśnienia, że skoro już pracujesz zdalnie, to musisz za wszelką cenę zwiedzać każde możliwe miejsce na świecie – czasem wystarczy takie relaksujące skrócenie zimy do pełni szczęścia ;)

    • Ewa

      Hej! Dzięki za komentarz! :)
      Co do zwiedzania, to ja chyba w ogóle jestem jakaś a-zwiedzeniowa, nie lubię tego robić, biegać od atrakcji do atrakcji, gdy jestem pierwszy raz w jakimś miejscu wolę w nim najpierw poBYĆ i poczuć jak żyje :)