Trzecia dekada życia – podsumowanie

Dziś kończę trzydzieści lat. “Zmiana kodu z przodu, tralala”. Jakoś mi z tym faktem nieswojo, ale cóż, przyzwyczaję się. Korzystając z niego, chciałam zrobić podsumowanie ostatniej dekady. Zmiana numerka w roku jest mi zupełnie obojętna. Ale urodziny? Urodziny to co innego…

Trochę się przez te ostatnie dziesięć lat działo.

Zaczęłam z przytupem, przeprowadzając się do Krakowa. Mówię z przytupem, choć zaczęłam studia rok później niż moi równolatkowie. Wtedy się tego wstydziłam, dziś wzruszam ramionami, bo widzę, że podjęłam najlepszą decyzję. Tak się złożyło, że gdy odkryłam istnienie mojego wymarzonego kierunku studiów, było już za późno na zmianę deklaracji zdawanych przedmiotów. Na EPI wymagano wyniku z polskiego i matematyki, jednak ta ostatnia nie była obowiązkowym przedmiotem na maturze mojego rocznika. Zresztą, byłam w klasie językowej, nie było szans, żebym w 3 miesiące nadrobiła cały trzyletni rozszerzony program. Zdałam maturę, ale nie jakoś fenomenalnie. Składałam papiery na inne kierunki studiów, w głębi duszy wiedząc, że zależy mi tylko na tym jednym, ale nigdzie się nie dostałam. Nie żebym jakoś strasznie chciała iść na psychologię, ale i tak zapiekło — nie zacznę studiów w tym samym czasie co moi znajomi. Byłam odwiecznie piątkową uczennicą a tu taka porażka.
Swoje przepłakałam, a potem wpadłam na pomysł: pójdę do pracy na kawałek etatu, zapiszę się na korepetycje z polskiego (nie umiałam pisać wypracowań pod klucz) i matmy, i nadrobię ten cały materiał. W maju zdam matematykę, poprawię wynik z polskiego i w lipcu dostanę się na studia. MOJE WYMARZONE STUDIA.

I jak postanowiłam tak zrobiłam.

Choć to nie było łatwe, bo sama w siebie wątpiłam i ludzie wokół mnie też w mój plan wątpili. Choć wymagało to mnóstwo samozaparcia i samodyscypliny. Ale udowodniłam samej sobie, że potrafię się pozbierać i walczyć o swoje marzenia.

Studia były dla mnie czasem otwierania się na świat. Odnalazłam się w obcym, dużo większym niż moje rodzinne, mieście i je pokochałam. Poznałam wielu ludzi i zawarłam nowe przyjaźnie. Przez malutką, cudowną chwilę byłam też fotomodelką i to doświadczenie pozwoliło mi polubić moje ciało. Odkryłam, że fotogeniczność nie zależy od tego jak się wygląda, tylko od tego jak się człowiek czuje w swoim ciele. To świadomość własnego ciała i tego, że się jest tu i teraz. Po wielu latach, kiedy czułam się najbrzydszym stworzeniem na świecie, poczułam się w końcu dla samej siebie piękna.
Chodziłam do teatru i poznałam osobiście moich krakowskich, aktorskich idoli. Zupełnie sama zapisałam się na kurs tańca towarzyskiego i pokochałam tańczyć. Odkryłam jogę, to wspaniałe uczucie po zajęciach, kiedy czuję się lekka jak piórko i mam wrażenie, że mój kręgosłup składa się z malutkich baniek powietrza, które ciągną mnie do góry.
Wydarzyło się mnóstwo malutkich pięknych rzeczy, ale też i kilka przykrych, które jednak wiele mnie nauczyły.
Przez kilka miesięcy czołgały mną stany depresyjne i był to najgorszy i najciemniejszy czas w moim życiu, kiedy nie widziałam sensu w wychodzeniu z łóżka. Mimo to miałam jednak siłę poprosić o pomoc. Miałam też to szczęście, że trafiłam na ludzi, którzy pomogli mi z tego wyjść, a potem za rękę prowadzili i pomogli polubić siebie. Jedną z ważniejszych rzeczy, którą wtedy zrozumiałam jest ta, że ja sama muszę o siebie zadbać i nikt za mnie tego nie zrobi. Nikt też za mnie nie przeżyje mojego życia i nie odda mi czasu, który spędziłam na spełnianiu marzeń innych ludzi.
Dziś jest różnie, moje demony czasem wracają, ale walczę z nimi próbując je zrozumieć i zaakceptować. Jestem teraz na terapii, rozwiązuję kolejne węzły i coraz częściej dostrzegam nad sobą proste piękno niebieskiego nieba i ciepłego słońca.

Czas po studiach to czas odkrywania swojej tożsamości z dala od szkół i uniwersytetu…

…poza tą całą edukacyjną hierarchią i ustalonymi zasadami oceniania i sprawdzania. Minęło trochę czasu od magisterki, a ja wciąż intuicyjnie czekam na sprawdziany i oceny, bez nich czuję się czasem jakbym kręciła się w kółko — bo czy idę w dobrym kierunku? Skąd mam to wiedzieć?
To się wiąże z tym, że myśląc o tym, że oceny są najważniejsze, że uznanie innych ludzi (często dla mnie nawet nieważnych!) zaniedbałam wiele z moich pasji i zepchnęłam daleko fakt, że ja uwielbiam tworzyć! Wierzę w to, że nie można tylko żyć obowiązkami, że dla własnego dobra, musimy dać sobie szansę i czas na robienie rzeczy, które nas po prostu cieszą. I to właśnie staram dla siebie robić, olewam to co nie ma dla mnie (a teraz i dla mojego męża) znaczenia. Dlatego też zamiast pucować wszelkie powierzchnie płaskie, siadam nad akwarelami, ćwiczę brush lettering, piszę, czytam książki, chodzę na spacery i przytulam mojego ukochanego jak często się da. I może zalega nam kurz na półkach, ale coraz częściej się beztrosko śmieję i jestem szczęśliwa.

Gdy poukładałam sobie fajne życie w Krakowie, niespodziewanie spadła na mnie miłość i dla niej postanowiłam rzucić wszystko, wyprowadzić się nie tylko z miasta, w którym dorosłam, ale także z kraju, w którym się urodziłam. Ale skłamałabym, gdybym powiedziała, że tylko miłość była powodem. Od jakiegoś czasu stukotała mi myśl “sprawdzenia się” za granicą: jak sobie poradzę, czy się odnajdę? Po ponad roku mogę spokojnie powiedzieć, że się tu zadomowiłam. Tak, tu jest już mój dom, i choć nie jest tak zupełnie nasz własny, to za nim tęsknię gdy jestem poza nim, tu się czuję dobrze, spokojnie, bezpiecznie, tu ładuję akumulatory. Wiem jednak, że to wszystko kosztuje, wciąż czasem czuję się tu samotnie, wiele relacji na mojej przeprowadzce ucierpiało. Żałuję tego, tęsknię, ale z rozmów z innymi ekspatami, wiem, że tak po prostu jest i nie ma co się z tym kopać. Podjęłam decyzję i biorę ją z całym dobrodziejstwem inwentarza.
Ostatnie dwa lata to w dużej mierze latanie, śmieję się, że wypowiedziałam kiedyś życzenie, że chciałabym jeździć po świecie, i że “be careful what you wish for”, bo jednak okazało się, że nie jestem nomadem i najlepiej mi w domu.
W ogóle to jakoś przypadkiem odkryłam, że jestem introwertykiem (który jednak ma to szczęście, że łatwo mu wyrażać się poprzez pisanie). Uczę się to akceptować, bardzo, bardzo delikatnie wychodzę poza strefę mojego komfortu, np. poprzez jeżdżenie na polskie WordCampy. Do tej pory dwa razy byłam prelegentem i jestem z tego faktu bardzo dumna, a do tego poznałam wiele fajnych osób. Już to pisałam wiele razy, ale ludzie zajmujący się WP są naprawdę przesympatyczni.

Śmieję się teraz pod nosem, bo zbierałam się do tego posta i zbierałam, a teraz muszę się powstrzymywać, bo pisałabym i pisałabym! Im więcej rzeczy w nim poruszam, tym bardziej widzę, że z paru wątków dałoby się zrobić osobne wpisy. Tak czy siak:

Czego sobie życzę?
Wytrwałości.
Wiary, nadziei i miłości.
Szczęścia, zdrowia…
Cierpliwości, na czasy dużych kroków i na czasy małych kroczków.

Aha, i jeszcze morza. Życzcie mi morza, jak najczęściej.

I jeszcze psa :)

  • A więc morza! Chatki nad samym brzegiem i psa rozkopujacego piasek pod stopami :*

    • Ewa

      już to widzę „oczyma duszy mej” <3 byłoby pięknie, dziękuję!

  • Olga

    Ewcia, spełnienia marzeń! Pisarskich, psich i wszystkich innych! Dziękuję za ten wpis, za podzielenie się radościami i smutkami, za szczerość i odwagę! Ściskam!!

    • Ewa

      dziękuję i ściskam mocniutko!

  • jaka piękna ta historia :) wszystko, po kolei, wygląda jak związki przyczynowo skutkowe – życzę Ci kolejnych, które również zaprowadzą Cię do samych dobrych rzeczy!

    • Ewa

      a widzisz, sama tak na to nie patrzyłam tymczasem masz rację :)
      Dziękuję za życzenia i mocno ściskam!

  • Wszystkiego najlepszego! Życie jest przewrotne, kto wie może za 10 lat napiszesz „po 30 zdecydowałam się wraz z moim psem przeprowadzić nad morze..” :)